Widziałem w życiu wiele, wiele horrorów, ale przy hiszpańskim oryginale [Rec] można najzwyczajniej w świecie odwalić kitę. Ostatni raz tak się bałem bodajże przy trzeciej części "Koszmaru z ulicy wiązów", no ale to było długo, długo zanim odkryto rakotwórczość gumy Turbo. Jestem przekonany że gdybym natknął się przypadkowo na mieście na Chrisa Cunninghama, i zapytał go o ostatnie dziesięć minut [Rec] on najpierw zamknąłby się w sobie, potem kucnął na chodniku i zaczął się trząść, a potem to już z powodu brzydkich zapachów trzeba byłoby iść dalej. Na marginesie, film [Rec] był oglądany w ramach miesiąca z klaustrofobicznym horrorem, organizowanego ku znalezieniu tzw. inspirado do nadchodzącej pracy literackiej - ale jeśli natknę się jeszcze raz na tak zawałogenny film, to pierdolę i zaczynam pisać o 29-letniej singielce która przyjeżdża do Warszawy z prowincji i zakochuje się w gruboskórnym kreatywnym i wydaję to w serii z miotłą. Człowiek ma jedno życie.
Dziś o dziesiątej rano dostałem SMSa od mojego brata, wielbiciela black-metalu, Motorhead i Neurosis o treści : "Michael Jackson nie żyje!". O śmierci Jacko dowiedziałem się jakoś od razu po fakcie, chyba z opisu Śledzia na Facebooku, ale nie spodziewałem się, że akurat Maćka też to dotknie - szeroko pojęta muzyka pop przyprawia mojego brata o obezwładniający wstręt. Dzisiaj jednak gadając przez telefon zgodziliśmy się, że poza całym, przerażającym i związanym z jego osobą cyrkiem, Jackson był po prostu wybitnym muzykiem i wykonawcą. I może zakończmy tym gombrowiczowskim stwierdzeniem - cała globalna przestrzeń informacyjna jest już zapchana od truizmów i kondolencji. Ja chciałem szybko, krótko, o czymś trochę innym - o polskich dziennikarzach muzycznych.
Śmierć Michaela Jacksona to wydarzenie tak wielkie, że aż abstrakcyjne, ale przede wszystkim będące życiową szansą dla wszelkiej maści ekspertów i krytyków muzycznych. W Polsce, do wypowiedzi na temat Jacksona pozapraszano oczywiście całą śmietankę dziennikarstwa muzycznego. To, że padające wypowiedzi były nasączone tak charakterystyczną dla polskich ekspertów od muzyki bufonadą, to jedno. W dzisiejszej audycji w Chilli Zet Robert Sankowski stwierdził autorytatywnie, że po Jacksonie nie ma co płakać, bo najlepsze kawałki skomponował mu Quincy Jones, a "Thriller" ogólnie mógłby być nazwany płytą Jonesa, na której śpiewa Michael Jackson. Pomińmy to, że Jackson od czasów "Off the wall" był głównym autorem, współaranżerem i współproducentem całości swojego materiału. Fakt, "Thriller" to pewnie artystyczny szczyt Jacksona, płyta, na której z pojedynczej ścieżki każdego instrumentu i z każdego hooku dałoby się uszyć megahit, ale bardzo chciałbym zobaczyć Quncy`ego Jonesa robiącego "Moonwalk" i śpiewającego "Wanna be startin somethin". A jeszcze bardziej, mówiąc szczerze, Roberta Sankowskiego, który pewnie uważa, że Elvis Presley i Frank Sinatra też byli zupełnie nieistotnymi wykonawcami, skoro w ogóle nie wykonywali autorskich kompozycji.
Sankowskiemu wtórował kolega Varga, może nie dziennikarz muzyczny, ale autor książek o zespołach muzycznych i kolega muzyków, który oświadczył zgłodniałemu jego opinii światu, że nie płakał po Jacksonie. Nie żyjemy, dajmy na to, w ZSRR w 1953 roku, i nikt nie ma obowiązku po nikim płakać - ale czasami wypada po prostu siedzieć cicho. Inna sprawa, że przynajmniej śmierć najważniejszego artysty w dziejach masowej muzyki pop mogła sprawić, że polscy dziennikarze muzyczni zajrzą do Wikipedii. Dwie godziny po śmierci Jacksona Gazeta.pl wrzuciła na stronę główną zaszły artykuł króla rzetelności, Roberta Leszczyńskiego, w którym nazywa "Off the wall" pierwszą solową płytą Jacksona. Wystarczy wejść do wspomnianej Wiki, aby zobaczyć, że przed nagraniem "Off the wall" Jackson miał już na koncie cztery, co prawda pozbawione autorskiego materiału i nagrane dla Motown, ale jednak firmowane własnym nazwiskiem albumy. Redaktor Leszczyński sugeruje jeszcze, że Jackson na okładce "Thrillera" wygląda jak wybielony kosmita z wyprostowanymi włosami. Oj, chyba coś się okładki pomyliły, albo Leszczyński kompakt z "Thrillerem" widział raz i do tego pijany w Empiku, bo biały i prosty na zdjęciu Jacksona jest li tylko garnitur - proste włosy i kaukaska karnacja przyszły u Jacko na dobrą sprawę dopiero wraz z "Dangerous". No ale trudno oczekiwać czegoś innego od kogoś, kto uważa Przystanek Woodstock za duchową ucztę, a "Nevermind" Nirvany za płytę nagraną w studiu na tak zwaną 'setę' (polecam archiwum 'Wprost' - tam jest dużo więcej takich frykasów w wydaniu 'Leszcza'). Oj, panowie panowie. Jeden z najważniejszych dni waszego dziennikarskiego żywota, a nawet się nie chciało wejść do internetu...
Będę prowadził pierwszy raz w życiu wieczorek autorski. Najprawdopodobniej się skompromituję, ale i tak zapraszam. Wieczorek będzie dotyczył Agnieszki Drotkiewicz i Ani Dziewit-Meller, a dokładniej ich książki z wywiadami pod tytułem "Teoria Trutnia" wydanej przez wydawnictwo Czarne. Mój udział w tym wydarzeniu jest rodzajem wesołej zabawy w prywatę, ponieważ miałem zaszczyt zostać jednym z bohaterów tej książki. A towarzystwo jest nobilitujące, by wspomnieć Roberta Makłowicza, Macieja Zarembę czy Stefana Mellera. Zapraszam w ten wtorek, 26 maja na Chłodną 25, Warszawa o 19:30.
Wiedziałem, że złamię obietnicę "większej ilości wpisów" - jak to czasami mawia moja dziewczyna, jestem mistrzem obietnic bez pokrycia. Ciężko jednak utrzymywać większą ilość wpisów, gdy właśnie zaczęło się pisać dwie książki jednocześnie, a nie ma się też za bardzo ochoty zamieniać bloga w relację z pola bitwy "codzienność", ze zdjęciami ze spacerów z psem czy przepisami na kurczaka curry. Zastanawiam się, czy nie zmienić tutaj całkowicie formuły, tj nie zabrać się w końcu za stronę autorską, w której blog pełniłby rolę poboczną, i nie wisiałby nade mną przymus aktualizacji. Co może sprawiałoby, że wpisy pojawiałyby się częściej. Może. Ale może to wynika też z tego, że mam ostatnio dosyć autystyczny okres, całe możliwe życie wewnętrzne staram się przekuwać we wklepywane w worda bukwy, a jedyne wstrząsy jakie miewam ostatnio są trudne do zrelacjonowania i dosyć mgliste. Dobrym przykładem było obejrzenie filmu "Diabeł" Andrzeja Żuławskiego. Będę musiał ten film w pewnym sensie zrecenzować - dostałem go w gratisie, jako część wydanego właśnie trzypaku DVD zawierającego polskie filmy reżysera - i pewnie będę miał z tym problem. Sztandarowe filmy Żuławskiego - "Trzecią część nocy", "Opętanie", "Na srebrnym globie" - widziałem w okolicy koniec liceum / początek studiów, więc trudno odnieść mi się do nich teraz, zwłaszcza że były nagrywane na video z TV Polonia przez kolegę, który patrzył na to wszystko raczej z perspektywy potrzebującego mocniejszych wrażeń blanciarza niż konesera kina. Oglądany dzisiaj "Diabeł" stanowi jednak koronny dowód na to, że geniusz Andrzeja Żuławskiego jest stuprocentowo oralny, on po prostu świetnie mówi o sobie i nie można przestać go słuchać, i nie wiem, czy wznowienie jego filmu na fali świetnego wywiadu-rzeki robi mu naprawdę dobrą robotę. Trudno jednak oddać ten wstrząs kontaktu z dziełem Żuławskiego w formie blogowej notki, patologiczny brak treści w tym filmie zasługuje na jakiś porządny, treściwy esej mądrzejszego ode mnie filmoznawcy. Intuicyjnie jednak nie wierzę, aby był sens dogrzebywać się jakiejś metafory w tej przyprawiającej o migrenę orgii histerycznego i śmiesznego dzisiaj aktorstwa; jeśli "Diabeł" ma stanowić rozliczenie z polskością, to stanowi je imho na poziomie szok-tanizny, w stylu próba homoseksualnego gwałtu na odzianym w szlacheckie pantalony Leszku Teleszyńskim. Bardzo interesująca jak na czasy i geografię powstania strona operatorska - to jedna z niewielu rzeczy, które po latach bronią się w tym kinie, ale dobre zdjęcia są i u Kawalerowicza, i u Holland, i u Szulkina, którzy w przeciwieństwie do Żuławskiego robili filmy najzwyczajniej w świecie o czymś, a których Żuławski uwielbia gnoić, tudzież bezpardonowo przyznawać się, że nawet nie pofatygował się ich dzieł obejrzeć. I trudno też uchwycić to uczucie - ani nie jest to żal, ani kreskówkowy i perfidny chichot z powodu, że okazuje się, że kolejny lansowany przez Krytykę Polityczną mistrz i wyrocznia na glinianych nogach stoi. Przede mną jeszcze powtórka z "Na srebrnym globie" i naprawdę się boję.
Tymczasem, ambona. Pojutrze, czyli w środę o 20 w Toruniu, w klubie Od Nowa, ma miejsce impreza która nazywa się Majowy Buum Poetycki no i będę tam obecny, będę coś czytał, jeszcze nie wiem, czy wydanego, czy nie, jeśli ktoś będzie chciał mnie w miarę kulturalnie zaczepić i zadać mi na przykład pytanie po co to wszystko, zapraszam, chociaż nie liczyłbym na odpowiedź.
Histeryzuję jak Edyta Górniak, przepraszam. Przez parę godzin wisiał na blogu wpis o pewnej anegdotce zawodowej, kto zdążył przeczytać, ten przeczytał, a kto nie, już nie przeczyta. Anegdotka, jeśli chodzi o poziom żenady, sięgała szczytu szczytów, ale z drugiej strony, dzielenie się tym nie ma sensu i chyba świadczy o braku klasy. Kurestwo chodzi po ludziach, ale serwowane na tzw. złotej tacy powoduje lekki szok poznawczy; nie każdym szokiem poznawczym jednak trzeba się dzielić. A tymczasem od jutra więcej wpisów.
Walka o lepsze jutro trwa, dlatego prawdopodobnie wróciłem do klasycznego tempa pisania notek na blogu raz na miesiąc. Tym bardziej, że nic nowego nie ma jeszcze miejsca, co tydzień dalej mój felieton w magazynie Dziennika (ostatnio o powrocie Warszafskiego Deszczu), a co miesiąc w Exklusivie. Skończyła się za to moja współpraca z "Neo Plus" - w końcu posiadam nowego xboxa więc postanowiłem przejść od słów do czynów. Swoją drogą, to cholerstwo zabiera mnóstwo czasu, dzisiaj ukończyłem po paru ładnych tygodniach grania "Fallouta 3" i zauważam u siebie swędzenie zanikających mięśni i ból oczu. Z ogłoszeń amboniarskich - 13 maja będę obecny na Majowym Buumie Poetyckim w Toruniu, będę tam czytał coś swojego, nie będzie to poezja gdyż poezji nie uprawiam gdzieś od szóstej klasy szkoły podstawowej, ale organizatorzy chyba wiedzą, co robią. Natomiast jeśli chodzi o prozę - niedługo, ale nie wiadomo kiedy, ma się ukazać wydana przez Korporację Ha!Art antologia opowiadań "Wolałbym nie", no i tam, obok tekstów m.in. Łukasza Orbitowskiego, Jacka Dehnela i Sylwii Chutnik będzie moje opowiadanie. Więc zapraszam, chociaż jeszcze nie wiem, na kiedy - strona wydawnictwa narazie milczy. Powoli mają miejsce przymiarki do następnych książek, ale narazie nie rozwijajmy tematu - jest to element wspomnianej walki o lepsze jutro, o której wolę nie mówić, aby nie zapeszyć. W każdym razie, na horyzoncie reszty roku 2009 widać orkę. I bardzo dobrze.
Ja, Klejnocki i Cegielski, TVP Kultura o Nahaczu - a emisja 13 marca 22.05
Tradycyjna już przerwa w apdejtach wynika z dużej ilości roboty, o której narazie nie chcę pisać - złota zasada "nie gadaj, póki nie masz konkretów" jawi mi się z dnia na dzień coraz bardziej złotą. W każdym razie, scenariusz do "Zrób mi jakąś krzywdę" ma już swoją oficjalną i, powiedzmy, skończoną wersję, a ja mogę powoli przejść do następnych punktów harmonogramu. O których, oczywiście, poinformuję, gdy będą namacalne konkrety.
Tymczasem, okazało się, że w internecie znalazły się dwa wywiady ze mną - jeden w Życiu Warszawy, które uznało "Radio Armageddon" za rzecz na tyle istotną, aby przeprowadzić ze mną wywiad co cyklu podsumowującego ubiegły rok w kulturze polskiej. Wielce mi miło. Drugiego wywiadu udzieliłem młodzieżowemu pismu Perspektywy - chociaż wywiad nie jest za bardzo młodzieżowy, tym bardziej, że na zdjęciu wyglądam na 45 lat. No ale tak to jest, jak się człek nie oszczędza i jeszcze mu przedwcześnie włosy wypadły. Chyba nadszedł czas powolnego wdrażania trybu prozdrowotnego. Narazie rano obficie się przeciągam i dzięki cennemu, wojskowemu usposobieniu mojej narzeczonej nie palę w mieszkaniu, co redukuje nałóg o dobre czterdzieści procent.
Poza tym, miało miejsce cenne i istotne doświadczenie przeprowadzki, od miesiąca mieszkam na Żoliborzu i jest świetnie, prawie jak u babci na wsi, ogród i zielono, z małymi tylko rysami na pięknym obrazie w stylu całodobowy Mini Europa, w którym cebula kosztuje pięćdziesiąt złotych. Dużo czytania i oglądania, ostatnio "Twin Peaks" ze złotej edycji DVD którą polecam, bo tak dobrego DVD z serialem nie widziałem chyba nigdy. Okazuje się, że po latach jest to rzecz wstrząsająco dobra, a spadek jakości w drugiej części serialu, tj po rozwikłaniu zagadki śmierci Laury Palmer okazuje się być trochę mitem. Do tego nić sympatii z bohaterami staje się na tyle silna, że gdy aktorów z "Twin Peaks" przyuważy się w mniejszych rolach w serialach nowych (np Madchen Amick w drugim sezonie "Californication", albo Sheryl Lee w "Dirty Sexy Money"), to serce oblewa ciepła zupa, jak na widok starego przyjaciela. Jeśli chodzi o lektury kilka wniosków ogólnych, np coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że święta trójca polskiego reportażu - Hugo-Bader, Tochman i Szczygieł - literacko i stylistycznie odsadza sporą część polskiego mainstreamu prozatorskiego w przedbiegach. "Gottland" to dobra lekcja kompresji, książka z każdą literą na swoim miejscu; o "Wściekłym Psie" już pisałem, natomiast w maju wychodzi w Czarnym "Biała Gorączka" Hugo-Badera, rozwinięcie tego oto wstrząsającego reportażu. Szkoda, że dopiero w maju, ale jeśli Al Gore ma rację i zaleją nas przedwczesne upały, przynajmniej czytając o Syberii człowiek dobrze się schłodzi. Polecam również "Stulecie detektywów" Jurgena Thornwalda, 800 stron a na nich kilkaset mikrokryminałów - rzecz definiuje porządną literaturę popularno-naukową. Wciąga jak słonecznik, idealne do wanny - przynajmniej do momentu, w którym w ramach opisywania pułapek medycyny sądowej Thornwald pisze o człowieku, który topił w wannie swoje kolejne żony, chcąc zaanektować ich spadek.
Narazie tyle, a-ha, przepraszam koleżankę Olgę Drendę. iż rzeczywiście nie wymieniłem jej nazwiska przesyłając zrobione przez nią zdjęcie mojej osoby do magazynu Pan-Slawista. Niedopatrzenie i niepamięć, brzydkie cechy, mea culpa. Stay tuned.
Naprawdę ciekawa, i zapewne mądrzejsza od tekstu źródłowego polemika pana Jarosława Klejnockiego z moim ostatnim felietonem w Dzienniku. Czuję lekką skruchę, fakt, mój tekst charakteryzuje "uproszczona socjologia literatury", i co więcej, słusznie rozpoznaje pan Jarek, targały mną emocje, i to nietęgie. Limit czterech tysięcy znaków na próbę opisu zjawiska tak pogmatwanego i skłębionego jest pewnym usprawiedliwieniem tej pobieżności, ale nie usprawiedliwieniem zupełnym. Zwłaszcza, że pisanie felietonu było próbą skonstruowania pewnej tezy na bieżąco, a próbę tę pchała głównie intuicja. To rozemocjonowany tekścik, fakt, ale chodziło głównie o pamięć po nieboszczyku, który popełnił na koniec książkę owszem, niedoskonałą, ale wartościową i niesłusznie zastrzeloną. Pozwolę sobie tylko odpowiedzieć na kilka kwestii.
Zdanie "zwłaszcza, że byli poetami" jest, owszem, pewnym niedopowiedzeniem, ale nie oznacza ono "zwłaszcza, że byli wierszokletami, którzy, jak wiemy, stoją najniżej w literackim łańcuchu pokarmowym". Może błędnie przyłożyłem współczesną miarę do czasów, jak pan Jarosław słusznie zauważa, odwrotnych, w których literatura polska rzeczywiście poezją stała. Do tego nie ukrywam, że jeśli chodzi o poezję, jestem ignorantem na własne życzenie. Ale "gardzić poetami", co pan mi w swojej polemice zarzucił, to jak "gardzić malarstwem", albo "gardzić jazzem". Proszę nie przypisywać mi aż takiego prostactwa. Przy okazji, zdanie "naród intuicyjnie wiedział" odbieram jako nadmierną wiarę w ów naród. Ja nie wierzę w to, że ten naród wie intuicyjnie cokolwiek.
Co do Czesława Niemena, zdaję sobie sprawę z tego, że również, w pewnym sensie, był "pieszczochem systemu", chodziło mi bardziej o pewną rockową "mistykę", nazywając rzecz banalnie - magię, którą mieli chociażby przywołani przeze mnie Morrison czy Curtis, a której Niemen na mapie polskiej muzyki popularnej w latach siedemdziesiątych jest bez wątpienia jedynym przykładem. De facto, był jedynym materiałem w tamtych czasach na "rockową legendę".
Zdanie o Wojaczku i Stachurze to rzeczywiście pewne nadużycie. Chociaż, może gdybym go nie napisał, nie byłoby pańskiej odpowiedzi, a razem z nią pewnego fermentu, który wytwarza się przede wszystkim wokół książki Mirka. Także był to pewien skok na główkę do brodzika, który każda poważniejsza polemika może bez wysiłku zamordować. Powtarzam, kierowało mną robienie dymu w słusznej sprawie, i wiem, że tylko winni się tłumaczą.
Będę bronił swojej tezy o pewnym związku z nastaniem u nas kultury rzeczywiście masowej i tego, że w tej rzeczywistości trudno o literacki mit, który zafascynuje ogół, bo ogół ma tak naprawdę ciekawsze rzeczy do oglądania. Nie napisałem w moim tekście, że taka Rutowicz jest jakąkolwiek legendą. Ona po prostu odwraca masową uwagę, co sprawia, że żadna prawdziwa legenda w obrębie, dajmy na to, literatury, nie ma prawa się po prostu narodzić. Po prostu, literatura, a może bardziej życiorysy tworców, zajmuje obecnie w wyobraźni tzw. przeciętnego Polaka dużo mniejszą rolę. I rzeczywiście może nie chodzi o wszechwładzę "M jak Miłość", tylko o fakt, że przestaliśmy żyć w czasach, w których konieczne ze strony każdego twórcy były jednoznaczne manifesty. I że pisarz w tamtych czasach był dużo istotniejszy, bo najpełniejsze świadectwa z czasów niewoli to zawsze świadectwa pisane. Ma pan rację, może trochę histeryzuję, myśląc dalej, półtora roku po śmierci Mirka - dlaczego na pierwszych stronach gazet było o romansach Foremniak i żonie Sarkozy`ego, a o śmierci mojego tak zdolnego kolegi Mirka zupełnie nic? No tak, to pytanie jest efektem trochę żałoby, a trochę naiwności, ale czy pan, panie Jarosławie, człowiek, który kocha czytać, ani przez chwilę tak nie pomyślał?
Chwila nudy, więc zrobiłem zupę.
Jakub Żulczyk ( 1983 ) pisarz, autor powieści "Zrób mi jakąś krzywdę" i "Radio Armageddon". Niezależny publicysta, recenzent, felietonista, bloger. Konsument śmieci. Wzorowy odbiorca kultury masowej. Wbrew pogłoskom nie ma nic wspólnego z emo. Chociażby dlatego, że surowiec na grzywkę dawno już wypadł. Złodziej myśli, aparat głośnomówiący i chłopak Pauliny. Publikował w m.in. "Playboyu", "Aktiviście", "Metropolu", "Machinie", "Lampie", "Ha! Arcie". Stały felietonista "Exklusiva", sobotniego "Dziennika" i "Neo Plus".
Archiwum
2009
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
chcesz mi coś powiedzieć - superdomestos@o2.pl
Linki
trzeszczy trzeszcz
last efem
medium
b.ciszewski
lampa
mazurski skun
kapela
oi oi oi horror show baw sie dobrze albo gin
dudzik - ilustruje moje fele
culture of anger
sledziu
fanka rejwu
straszna choroba
korporacja
aorta
panikkk
pan pejote - portfolio
i can teach you how to cook that crack / te narkotyki sa nieprawdziwe
wlosy cycki krzyze
d
patrol
shame on you
marcelego kulturowa kompulsja