|
Więc, wróciłem ze wsi, gdzie miałem mnóstwo czasu, kąpałem się, spacerowałem i przeczytałem cztery książki w dziewięć dni - nie miałem tak chyba od czasu gdy startowałem o laur najlepszego czytelnika w podstawówkowej bibliotece. Przede wszystkim czytałem Tyrmanda, zawsze mogę czytać Tyrmanda, zawsze będę czytał Tyrmanda, no i to takie piękne, że kolega Marceli wyłapał w "Radiu Armageddon" poważne i celowe nawiązanie do "Złego", powieści dla mnie totemicznej. Ale "Dziennik 1954", popłynę teraz lekką egzaltacją, ale na którejś z ostatnich stron książki jest taki oto fragment : "Gdybym miał określić mą najgłębiej ukrytą, niewidzialną gołym okiem, toczącą mnie od wewnątrz wadę, rzekłbym, że jest nią niesolidność. (...) To, co wiem - wiem niesolidnie. Jestem intelektualnym dorobkiewiczem, bez skodyfikowanego treningu naukowego, czyli bez wykształcenia koniecznego do porania się tym wszystkim, z czym chcę i zamierzam się porać. Czytałem książki, to prawda, lecz co z tego? (...) Gdy stanąłem na progu tego, co w końcu miałem w życiu robić, czym miałem żyć, okazało się i zrozumiałem, że jestem produktem kultury popularnej i masowej, a nie formujących sprawny intelekt studiów. Czyli lukier inteligencji zamiast prawdziwego chleba wiedzy. Nie była to przyjemna samowiedza." Każdy z was miał pewnie moment czytelniczy, w którym jeden z waszych prywatnych pomników jasno, zwięźle i punktowo klaruje to, co od dawna w sobie podejrzewaliście, tylko że nie starczyło wam intelektu / odwagi / precyzji / niepotrzebne skreślić aby określić to samemu. Poczułem się głęboko wzruszony i wstrząśnięty, i przy okazji zadziwiony faktem, jak to w Polsce mógł urodzić się tak wspaniale mądry człowiek. Nie będę wypisywał nic więcej, bez sensu - Tyrmand to taki autor, który napisze ci nawet nowelę z morałem, o pływaczce bądź chłopaku trenującym boks ot, nadwiślański Horatio Alger, a ty po lekturze czujesz się jakiś okrzepnięty i dobudowany. Z innych olśnień - koncert zespołu Shellac, czyli moment, w którym coś odbierasz i wiesz, że to jest po prostu zajebiste, najwyższe i najczystsze, zero tak powszechnego nad Wisłą ćwierćproduktu, bez maniery, bez pretensji, z dojebaniem esencjonalnym i spirytusowym i transmisją kodującą u wszystkich uczestników eventu przeświadczenie, że cała reszta jest miętkim chujem robiona. I zagrali "Wingwalker", którego nie ma na żadnej płycie, tylko na EP-ce. A jest najlepszy. Na koniec - nadal jeszcze nie mogę poinformować o grubszych sprawach, ale zrobię to niebawem, tymczasem, udzieliłem wypowiedzi video dla portalu Infomuzyka.pl. Tutaj, o. Stay tuned. Name: Komentarze: 15.05.2008 :: 18:23 :: 87.207.115.124 12.05.2008 :: 09:23 :: 83.23.113.168 09.05.2008 :: 19:09 :: 213.134.160.234 09.05.2008 :: 13:46 :: 217.147.240.180 |